Kamień nagrobny Baguni
część druga
I.
Jeśli ludzką refleksję o świecie i autorefleksję wyobrazić sobie w postaci drzewa (co nie jest specjalnie odkrywczym obrazem poetyckim) - można zauważyć, że jej korzenie są równie splątane jak jej korona. Jej korona sięga w wysokie rejony metafizyki, a może duchowości; jej korzenie wyrastają i czerpią energię z głębi bytu materialnego zwanego Naturą, Przyrodą, albo – śmiesznie –„otaczającym światem”. Stąd niekiedy używane przeciwstawienie materializmu idealizmowi - jeśli jest pozbawione ściślejszej definicji - niesie niebezpieczeństwo nieporozumień. W dalszym ciągu przeto postaram się stosować te określenia z wielkim umiarem i, mówiąc o materializmie, będę miał na myśli sposób myślenia dziewiętnastowiecznych spadkobierców jońskich filozofów przyrody, zaś używając nazwy idealizm, podejście ufundowane na platońskiej i neoplatońskiej tradycji. Materializm w swej naiwnej postaci sprowadza świat do rzeczy widzialnych, zaś w postaci bardziej subtelnej sugeruje, iż wszystkie fenomeny wszechświata włącznie z człowiekiem dają się wytłumaczyć przy pomocy praw rządzących materią. Rzecz w tym, że założenie takie trąci wielką pychą i lekką schizofrenią ponieważ opiera się na wierze w nieograniczone możliwości ludzkiego poznania i - jeszcze mniej uzasadnionej - wierze iż można być przedmiotem i podmiotem równocześnie i w tym samym akcie poznawczym. Mimetyczna koncepcja sztuki, o której powiedziałem sporo w pierwszej części tego szkicu wywodzi się oczywiście z postawy materialistycznej i opiera na trzech założeniach: realności, poznawalności i wyrażalności świata materialnego.
Od szczegółowego odwzorowania przedmiotu w dziele sztuki blisko do uznania dzieła za przedmiot materialny. W ten sposób pojęcie dzieła sztuki zostaje uwięzione w materii, poddane badaniu takimi samymi jak ona metodami i na te same sprzeczności - wynikające z rodzaju narzędzi - narażone. Logika dwuwartościowa i związana z nią zasada wyłączonego środka stanowią podstawę warsztatu poznania naukowego. Przy tych wiekowych nawykach trwamy z zadziwiającym uporem pomimo oczywistej niewydolności narzędzi, których używamy. To drobiazg, że z ich pomocą nie potrafimy określić jaki jest status ontologiczny sztuki i dzieła sztuki - nie potrafimy również powiedzieć jaka jest natura światła. Co zaś do wyrażalności, no cóż, Wittgenstein - zdaje się - powiedział ile da się powiedzieć. Mnożą się - wobec bezradności ontologicznej i logicznej - definicje sztuki: raz jest ona przedmiotem, lub zbiorem przedmiotów, kiedy indziej stanem świadomości, to znowu relacją albo właściwością. Takie bogactwo podejść i definicji jest świadectwem ubóstwa wiedzy. Dzieje się tak dlatego, że świat materii jest dziedziną niepewności poznawczej i dlatego, że sztuka nie jest „a cheval” pomiędzy materią a duchem - lecz w całości i niepodzielnie należy do świata ducha i tylko według jemu właściwych kategorii może być definiowana.
Dla świata relatywnego podstawowa jest cyfra dwa. Jest ona znakiem rozdarcia i zła ; Chrystus mówi, że „każde królestwo rozdwojone w sobie upaść musi”; interwał sekundy zagrany jako akord brzmi nieprzyjemnie dla ucha, a w językach indoeuropejskich przedrostek dis albo dys - od „dwa” pochodzący - zaprzecza znaczeniu połączonego z nim wyrazu. Na przykład dys -funkcjonalny odwraca znaczenie słowa funkcjonalny, dys- komfort jest odwrotnością komfortu a dys-harmonia przeciwieństwem harmonii - i tak dalej. Nazwa diabeł pochodzi od greckiego „diabellein” co znaczy dzielić, oszukiwać, mówić oszczerczo. Dlatego cyfra dwa jest cyfrą Tego Który Przeczy, zaś świat materii bywa nazywany domeną Księcia Ciemności. Jeśli zatem sztukę potraktowalibyśmy jako element tego świata nie mogłaby ona być nośnikiem harmonii; kategorie „claritas, integritas et consonnantia” nie mogłyby się spełniać w dziele, spełniałyby się częściowo albo pozornie. Próżno by i w naszym życiu na tej ziemi dopatrywać się jasności, koherencji i harmonii : pojawiamy się w naszej czasoprzestrzeni równie niespodziewanie jak znikamy; rozumem, z którego jesteśmy bardzo dumni, nie potrafimy wyprzedzić siebie ani o chwilę w naszym dreptaniu po współrzędnej czasu; naszymi zmysłami, o których Arystoteles twierdzi, że stanowią jedyne źródło zasilające umysł, nie umiemy wydobyć się z pułapki trzech wymiarów. Ale nawet w tym pudełku trójwymiaru w jakim zostaliśmy umieszczeni - niewiele do nas dociera: słyszymy gorzej niż nietoperz, widzimy słabiej niż jastrząb, węch mamy mniej subtelny od węchu psa i dano nam znacznie krótszy czas na gromadzenie doświadczenia niźli krukowi. W jednym niewątpliwie gatunek homo sapiens jest rekordzistą: nie w myśleniu bynajmniej jak sugerowałaby nazwa, lecz w zabijaniu. Inteligencja człowieka -podporządkowana jego agresji o niebywale wysokim poziomie- kieruje się bardziej w kierunku poszukiwania praktycznych sposobów wyniszczania niż kierunku poznawania świata. „Wszelkie zaś zwierzę na ziemi i wszelkie ptactwo powietrzne niechaj was się boi i lęka” - czytamy w Biblii. W przytłaczającej większości systemów religijnych krwawa ofiara stanowi punkt centralny (znane mi wyjątki to buddyzm i zaratustrianizm). Doprawdy trudno uwierzyć, że ta krwiożercza istota, żyjąca w ograniczonym, relatywnym świecie odczuwa potrzebę i posiada zdolność tworzenia sztuki. Kompromisowe rozwiązanie znajdują mniej lub bardziej rozbudowane systemy religijne: oto ssak nazywany homo sapiens (nieco na wyrost, robaczku - jak by powiedział Witkacy) jest zamieszkały przez nieśmiertelną duszę, która nim włada. Innymi słowy jest to nawiedzone zwierzę. To właśnie ta lepsza część doktora Jekylla, czyli dusza nieśmiertelna, czyni nas podatnymi na piękno, dobro i prawdę - a skoro tej skłonności pofolgujemy, w nagrodę otrzymujemy zbawienie. Wprawdzie ostatnie zdania wiążą się z mitologią chrześcijańską, ale w zarysie pasują do większości funkcjonujących mitów religijnych. Materialiści - rzecz jasna - powiadają, że to bzdury, ale oferują wizję nie bardziej koherentną. Nie potrafią oni wyjaśnić ani powszechności wierzeń religijnych, ani fenomenu kultury, ani natury sztuki. Zamiast staroświeckiego terminu „duch” używają bardziej naukowo brzmiącego „wysoka złożoność centralnego systemu nerwowego” - tylko owa „wysoka złożoność” nie posłużyła jakoś do wyjaśnienia i zdefiniowania tak podstawowego dla psychologii i antropologii pojęcia jak świadomość.
II.
Kiedy aleją grabową dochodzę do pochyłego drzewa, pod którym przed laty położyłem płaski kamień na grobie Baguni - widzę nie jej kości pod tym kamieniem; widzę ją żywą jak z łopoczącymi uszami goni po parku, albo dostojnie drepcze przy mnie po Graben, albo tratuje dystyngowanego Anglika, siedzącego obok mnie, aby -zaciekawiona - wyjrzeć przez iluminator startującego samolotu. Kiedy myślę o moim zmarłym jamniku, dzięki „wysokiej złożoności centralnego systemu nerwowego” posiadam moc ponownego powoływania go do istnienia. Czy to istnienie dla mnie czymkolwiek się różni od tego które miał kiedy moje zmysły były informowane o jego fizycznej obecności? A kiedy o nim piszę, lub mówię nawet ci, którzy go nigdy nie spotkali - poznają go podobnie jak inne przedmioty, które dane były ich zmysłom. Więc może Arystoteles nie ma racji? Może prawdziwym bytem są tylko idee. Wiecznotrwałe i niezależne od przygodnych, okazjonalnych manifestacji materii. To, zdaje się, ma na myśli Teilhard de Chardin kiedy mówi o noosferze: „(...)człowiek, poczynając od pierwszych, znanych nam śladów narzędzi i ognia, nie zaprzestawał przez przemyślne działania i porządkowanie życia społecznego tkania ponad starą biosferą spoistej warstwy myśli wokół całej Ziemi, czyli noosfery.” I dalej: „ Z tego punktu widzenia (już nie tylko astrofizycznego, czy astrochemicznego, lecz astrobiologicznego) planety z noosferą nie byłyby żadnym dziwolągiem w naturze, ale po prostu normalną i ostateczną konsekwencją ewolucji materii.” Ta ostrożnie przez ojca Teilharda postawiona teza o ewoluowaniu materii ku myśli a następnie ku duchowości (ku Chrystusowi - Omedze) nie zaprowadziła go wprawdzie na stos, ale naraziła na inne poważne kłopoty. Wiek dwudziesty stworzył pewną szczególną rzeczywistość, która nie istniała w świadomości ludzkiej w ciągu tysiącleci rozwoju naszego gatunku. Jest to rzeczywistość informacji. Zwłaszcza minione dwudziestolecie jest czasem szczególniejszego przyspieszenia rozwoju tej dziedziny życia. Noosfera, rzeczywistość myśli o jakiej pisze Teilhard de Chardin, przez tysiąclecia przejawiała się w postaci dzieł sztuki – materialnych znaków działania myśli i ducha, aż u schyłku dwudziestego wieku niejako uległa materializacji jako cyberprzestrzeń. Zapewne jeszcze w niewielkim stopniu zdajemy sobie sprawę do jak radykalnych zmian w myśleniu prowadzi elektronika. Po pierwsze poruszanie się w sieci coraz bardziej eliminuje element indywidualny w myśleniu na rzecz myślenia zbiorowego. Równocześnie VR (virtual reality) prowadzi do postępującego osłabienia kontaktu z empiryczną rzeczywistością i emocjonalnego wyobcowania indywiduum ludzkiego. W swoich kaskach i rękawicach, odizolowani od świata i od siebie wzajem - na podobieństwo zaawansowanych narkomanów - VR maniacy oddają się drugiemu światu, który bardziej spełnia ich marzenia i niczego od nich nie wymaga. Z praktycznego punktu widzenia to katastrofa, ale jeśli się zastanowić, to przecież dowód na słabość myślenia opartego na poznaniu empirycznym. Skoro bowiem doświadczenie można dowolnie i sztucznie tworzyć przestaje ono być jakimkolwiek punktem odniesienia. Nie sposób też nie zapytać o sens sztuki, której zasadniczym powołaniem - jak sądzono dotąd - było stwarzanie rzeczywistości innego rzędu niż ta dostępna potocznemu doświadczeniu. Przede wszystkim trzeba zauważyć, że owe intuicje na temat zadania sztuki okazują się niesłuszne; ona wcale nie tworzy rzeczywistości innego rzędu tylko na nią wskazuje, może nawet ją uobecnia dla naszego doświadczenia na pewno jednak jej nie powołuje. R.U. Sirius opisuje wirtualną rzeczywistość jako „ nową technologię, która stwarza złudzenie bycia obecnym w sztucznym świecie, lub przebywania w oddaleniu od świata fizycznego.” Proszę zwrócić uwagę jak podobne jest to złudzenie do efektów osiąganych przez chemiczne działanie na ludzki mózg. Wpływ silnych halucynogenów daje tak sugestywną wizję, że człowiek po wyjściu z transu narkotycznego pozostaje w przeświadczeniu że przebywał w innej rzeczywistości, odbywał powietrzne podróże, obcował z demonami (Nauki don Juana – Carlos Castaneda). Tak więc poprzez bezpośrednie oddziaływanie na chemizm mózgu można stwarzać ekwiwalentną do dostępnej zmysłowo rzeczywistość. (Filozofia wieczysta - Aldous Huxley).
Mówi się, że człowiek, którego samokontrola słabnie pod wpływem środków chemicznych, hipnozy, albo uszkodzenia centralnego systemu nerwowego - na przykład wskutek sklerozy albo nowotworu - ukazuje wówczas swe prawdziwe oblicze. Jeśli by to uznać za prawdę, znaczyłoby, że zachowania się człowieka nie zawierają prawdy o nim, są udawaniem. Idąc dalej tym tropem należałoby zapytać co naprawdę decyduje o tym, co potocznie nazywa się charakterem a inni - bardziej naukowo - nazywają osobowością. Czy wprowadzenie pojęcia duszy nie zbliża do prawdy o charakterze człowieka, nie pozwala łatwiej uchwycić co go determinuje, skoro dopiero wyłączenie centralnego komputera jakim jest mózg daje ujrzeć człowieka takim jakim jest. Otwarta pozostaje kwestia co to znaczy „takim jakim jest”.
Ludzie starzy, często nie potrafią odróżniać jawy od snu, ale podobne zjawisko występuje również u małych dzieci. To znaczy, że obraz jakiego dostarcza mózg działający „na jawie” jest równoważny wobec obrazu jakiego dostarcza mózg śniący, zaś „ poczucie rzeczywistości”- to tylko sprawa treningu, czyli uwarunkowania.
III.
Nie ma żadnej pewności, co do związku poznania zmysłowego z rzeczywistością. Komunikowane przy pomocy języka nazwy rzeczy i jakości są sprawą wyłącznie konwencji. Dlatego krytyczny stosunek wielu filozofów do poznania zmysłowego - od starożytności poczynając - współczesna technika i nauka zdaje się potwierdzać. Przede wszystkim fizyka dowiodła, że nasza percepcja zmysłowa przestrzeni jest całkowicie bezwartościowa teoretycznie. Przestrzenie więcej niż trójwymiarowe są dostępne ludzkiemu umysłowi, nie będąc dostępnymi ludzkim zmysłom. Odbiór czasu, jak dowiodły tego liczne eksperymenty psychologiczne, jest również uzależniony od czynników zewnętrznych wobec podmiotu. Po wtóre elektronika otworzyła możliwość budowy takich urządzeń technicznych, które są zdolne łudzić zmysły do takiego stopnia, że kreują alternatywną rzeczywistość, zwaną rzeczywistością wirtualną. Czy władza nad takimi urządzeniami nie jest prawdziwą władzą nad światem?
Spór o istnienie świata jest w istocie sporem zarówno w płaszczyźnie ontologicznej jak i w płaszczyźnie epistemologicznej. Poznawalność dla umysłu jest bowiem warunkiem uznania rzeczy za istniejącą. („ Spór o istnienie świata” - Ingarden). Ingarden zauważa że aby określić istnienie czegoś trzeba wyobrazić sobie strukturę tego czegoś. Rozpoczyna rozważania od pojęcia przyczynowości tak, jakby to było pojęcie pierwotne. Ja osobiście nie miałbym takiej pewności. Przyczynowość zakłada bowiem następstwo skutku po przyczynie, a taka struktura może istnieć tylko w określonym modelu czasoprzestrzeni. Podstawowymi kategoriami powinny być raczej wymiar i czas. Poza wymiarem nie ma przestrzeni, a poza czasem nie ma ruchu, czyli zmiany. Oczywiście z chwilą wymienienia nazwy czas, na kark spada nam natychmiast wielka dyskusja czy czas jest kategorią przedmiotową czy podmiotową ; czy należy do porządku poznawanego, czy poznającego. Przyznaję, że nie potrafię tego jednoznacznie rozstrzygnąć, przynajmniej w tym momencie rozważań, bo fizycy - jak się zdaje - mają na ten temat jaśniejszy pogląd od filozofów. Zdaje się, że cały ten problem epistemologiczno - ontologiczny sprowadza się do sposobu istnienia przedmiotu dla podmiotu. Nie tylko to co nazywamy rzeczywistością wirtualną dostarcza pytań. Gdy zastanowić się głębiej, podobne kwestie wynikają w związku z istniejącą tak dawno jak istnieją społeczności ludzkiej rzeczywistością mitologiczną i historyczną. Czy postać mitologiczna w którą wierzy dana grupa jest dla tej grupy mniej realna od postaci historycznej? Czy pamięć o postaciach i zdarzeniach historycznych mniej wpływa na świadomość ludzką niż bieżące wiadomości o zdarzeniach i osobach podawane przez media? A jeśli tak by być miało to dlaczego? Przecież to w co się wierzy i to o czym się wie w równym stopniu kształtuje świadomość jak to co jest dostępne w bezpośrednim doświadczeniu. Jedno i drugie co najmniej w równym też stopniu determinuje postępowanie człowieka. Częstokroć zresztą wierzenia i przeświadczenia mają większy wpływ na świadomość i zachowanie się jednostek i grup ludzkich niż ich doświadczenie aktualne. Szczególnie wyraźnie obserwujemy to w przypadku konfliktów politycznych, narodowościowych, lub religijnych. Pojęcie prawa naturalnego i prawa bożego nie tworzy się w oparciu o doświadczenie, lecz w oparciu o wierzenie, zaś przepisy tego prawa często mają większą moc od przepisów prawa stanowionego. W rzeczywistości ludzkiej nader płynna jest granica pomiędzy wierzeniem i doświadczeniem. Staje się to jasne gdy uzmysłowimy sobie, że to co się określa jako „ rzeczywistość ludzką” ma charakter mitu. Mit zawsze tworzy się w zderzeniu treści zawartych w podświadomości ze świadomą wiedzą o świecie opartą na danych pochodzących z percepcji zmysłowej. Nie ma takiej treści świadomej w ludzkim umyśle, która byłaby poza zasięgiem działania treści podświadomych. Tak więc człowiek zawsze wytwarza w swym umyśle mniej lub bardziej mityczny obraz rzeczywistości realizujący jego podświadome pragnienie pełni poznania i panowania nad światem. Nauka, która deklaruje demitologizację obrazu świata de facto realizuje mit pełni poznania i pełni władzy nad rzeczywistością. Czymże innym są bowiem obietnice nowego wspaniałego świata obfitości, który stworzony zostanie w tyglach średniowiecznych alchemików, czy superkomputerach uczonych końca dwudziestego wieku. Obietnice te znajdują się w bliskim sąsiedztwie religijnych obietnic rajskiej nagrody po śmierci za dobre sprawowanie na tym świecie. W umitycznionym - niezależnie od tego czy tworzony jest on w polu nauki, religii, czy sztuki - obrazie świata rys charakterystyczny stanowi to, że każdy jego element jest znakiem, symbolem, metaforą, lub alegorią, zaś wszystko jest ze sobą połączone pełnymi sensu relacjami. Nauka nie mogła by istnieć bez założenia, że świat jest sensownie skonstruowaną i dającą się odczytać strukturą. Taki obraz świata odnajdujemy też we wszystkich świętych księgach stanowiących podstawy wielkich religii - a więc w Biblii, Koranie, czy Wedach. Określona koncepcja ontologiczna wiążąca byt ziemski z nadprzyrodzonym i porządek procesów naturalnych z porządkiem kosmicznym łączy się tam ze szczególną epistemologią wskazującą środki (jak asceza, rytuały, różne rodzaje transu z narkotycznym włącznie ) służące poznaniu prawdy wszechświata niedostępnej bezpośredniemu doświadczeniu zmysłowemu. W tej wizji religia sąsiaduje z magią ale jeszcze bardziej ze sztuką. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z naukowym obrazem świata, opartym na racjonalnej „ obróbce” danych zmysłowych, ale - przyznaję, że nie potrafię oprzeć się pytaniu - ile prawdy pozostaje poza kadrem takiego naukowego obrazu.
Trudno wszelako nie zauważyć, że ucieczka od prawdy jest znakiem tej epoki. Wydaje się również - zważywszy treści zachowań się subkultur młodzieżowych - że w przyszłości, liczonej na przynajmniej dwie generacje, ten trend nie ulegnie zmianie. Jeśli „wysoka złożoność systemu nerwowego” - w założeniach materialistycznych - miała służyć kontroli nad jedyną dostępną doświadczeniu bezpośredniemu rzeczywistością, dla człowieka współczesnego okazuje się balastem coraz bardziej mu ciążącym, którego usilnie stara się pozbyć, posługując się środkami chemicznymi, bądź zaawansowaną elektroniką. Jeśli za słuszne przyjąć założenie, że materializm prowadzi ku prawdzie, to cywilizacja współczesna od owej prawdy ucieka.
IV.
„Cóż jest prawda?” – zapytał pewien rzymski urzędnik pewnego żydowskiego mesjasza. To pytanie wykazujące niesłychaną żywotność nie było produktem jego - miernej raczej – inteligencji: streszczało całą tradycję sceptycyzmu i relatywizmu epistemologicznego w myśli greckiej i rzymskiej. Wskazywało równocześnie drogę do najkrótszej definicji świata dualnego: to świat, w którym prawda nie jest konieczna. Z poetyckim polotem i filozoficzną dociekliwością, w przygotowywanej do druku książce, pisze o prawdzie Jan Kajetan Młynarski:
(...) Dlatego mówi się: „prawda jest jak powietrze”. Jeżeli jednak ktoś żywi przeświadczenie o niezwykłości prawdy, o jej szczególnym charakterze, to w ogóle nie będzie wiedział, o czym tu mowa i dalej będzie zadawał pytanie: „czymże jest w prawda [w swojej istocie]?” usiłując odnaleźć formułę, w której mógłby ją [całą] zawrzeć i mieć w swojej mocy niezależnie od pielęgnowania przytomności. Ale prawda jest jak powietrze [świat], dostępna, zwyczajna, skończona i zawsze otwarta. Dlatego choć można ją zamykać [dla siebie] nigdy nie jest zamknięta. Liść to prawda.(...)
Liść jest prawdą. Rzeczywistość [istnienie] jest prawdą. Co jest rzeczywistością? Wierzbowy liść i zielone pióro i [ta] książka. Skupianie [zwężające] na wyrażaniu jest stanem egzystencjalnym, to pewien sposób bycia, egzystencji tego, kto przejęty jest ważnością wyrażania i jego przejęcie się ustanawia tę ważność [dla niego].
Trudno nie przyjąć tautologii: rzeczywistość jest prawdą. Być może również jest dostępna jak powietrze ale też pozostając przy tym porównaniu pamiętajmy, że o istnieniu powietrza człowieka dowiedział się bardzo późno a jego skład poznał jeszcze później. Podoba mi się ta analogia, więc kontynuujmy. Pomiędzy chwilą gdy człowiek zaczął oddychać powietrzem a chwilą gdy uświadomił sobie jego istnienie - upłynęły tysiące lat. Prawda istotnie jest nam dana bezpośrednio – w istnieniu samym - ale uświadomić sobie jej ani tym bardziej bezpośrednio poznać - nie jesteśmy w stanie. Są od tej reguły, podobnie jak od wszystkich innych, wyjątki. Mistykom prawda jest dana na drodze wglądu bezpośredniego, to znaczy objawienia. My wszyscy natomiast rzeczywistość, czyli istnienie poznajemy na podstawie informacji dostępnej naszemu umysłowi. Nie posiadamy również narzędzia które pozwoliłoby zweryfikować wartość tej informacji. I stąd właśnie obsesyjne tworzenie teorii prawdy, bowiem teorie prawdy ściśle biorąc są teoriami poznania. Wielość teorii prawdy dowodzi braku istnienia tej jedynej zadowalającej. Co więcej można przypuszczać, że prawda pojęta nierelatywnie w ogóle nie jest poznawalna na drodze dyskursywnego myślenia ponieważ jest ono narzędziem poznawania świata relatywnego. Nasz głód poznawania musi pozostać niezaspokojony jak długo nie wyjdziemy poza dualizm podmiot – przedmiot, rzecz – opis (język), byt – umysł, by wymienić tylko najbardziej kłopotliwe dla procesu poznawczego przeciwstawienia. Ów Mesjasz mówił o sobie : „ja jestem drogą, prawdą i życiem” – ciekawe, czy Piłatowi przyszło do głowy, że prawda w świecie dualnym przejawia się wyłącznie jako metonimia i polega na przypisaniu właściwości absolutu rzeczom i stanom względnym, nietrwałym i jednostkowym. I liść wierzbowy u Młynarskiego i antyczne posągi z utrąconymi nosami ramionami i piętami, a także sterty zapisanego w różnych językach papieru – wyrażają jakąś prawdę, ale odsłaniają przede wszystkim odwieczną tęsknotę człowieka za Prawdą Wiekuistą. Z tej tęsknoty powstała filozofia jako przejaw pragnienia absolutnego poznania; sztuka jako przejaw pragnienia absolutnego wyrazu; i miłość - wieczne marzenie o prawdzie relacji między ludźmi.
Andrzej Sawicki
W Zbydniowie, październik 2000